Georgetown. Najbardziej magiczne miasto w Malezji.

Kiedy planowaliśmy naszą podróż poślubną, wiedzieliśmy, że chcemy zwiedzić Georgetown. I chociaż w czasie trwania podróży, nasze plany ulegały różnym modyfikacjom, to finalnie powróciliśmy do pierwotnego konceptu i ledwo, bo ledwo, ale dojechaliśmy do tego magicznego miejsca.

Dlaczego ledwo udało nam się dopiąć planów? Cofnijmy się na chwilę do Singapuru – to właśnie tam podjęliśmy decyzję, że nasze plany mogą ulec zmienianie. Głównie ze względów pogodowych – gdyby nie była to podróż poślubna, pewnie byśmy się aż tak tym nie przejmowali. Jednak chcieliśmy mieć gwarancję pięknej pogody, której Malezja nie mogła nam zapewnić. Co więcej, skutecznie nas do siebie zniechęciła dwoma dniami koszmarnego deszczu w Kuala Lumpur. Kupiliśmy więc bilety na Bali. Jednak ze względu na zagrożenie wybuchu wulkanu na Bali, podjęliśmy decyzję, że nie lecimy. W momencie podjęcia decyzji, siedzieliśmy na lotnisku w Kuala Lumpur i mieliśmy trzy godziny do wylotu. Zbiegliśmy szybko na terminal autobusowy, kupiliśmy bilety na autobus na Penang, a pięć minut przed odjazdem zarezerwowałam nam nocleg, który wcześniej odwołałam, kiedy zmieniły się plany. Wróciliśmy więc do pierwotnego planu.

Nasz autobus z lotniska w Kuala Lumpur (KLIA2) miał jechać na Penang pięć-sześć godzin. Przed wyjazdem dużo czytałam i słyszałam o komunikacji międzymiastowej w Malezji: jest wygodna, punktualna i bezproblemowa. Jest to dość prawdopodobne, biorąc pod uwagę, iż z innymi połączeniami nie mieliśmy żadnych problemu. A jednak – tym razem mieliśmy pecha. Nasz autobus jechał ponad osiem godzin, bocznymi drogami, zatrzymując się na dość podejrzanych stacjach benzynowych.

Kiedy zorientowałam się, że będziemy trochę później niż przewidywałam, postanowiłam, że musimy zadzwonić do naszego guesthouse’u i poinformować obsługę, że nie będziemy o standardowej godzinie. Niestety, nie przeczytałam w mailu z booking.com, że nie mają oni całodobowej recepcji. Wykonaliśmy szalenie drogi telefon do właściciela hotelu, który zapewnił nas, że nie ma żadnego problemu i, a on na nas poczeka. Wtedy jeszcze miałam nadzieję, że dojedziemy do portu przed odpłynięciem ostatniego promu do Georgetown.

Niestety, do portu w Butterworth dojechaliśmy kiedy było już grubo po północy, a to oznaczało jedno: najbliższy prom na wyspę odpływa o 6 rano. Inną opcją była taksówka, za ok 70 zł, jednak nie wydawało nam się to najbardziej korzystną opcją. Gdyby nie wspaniały Pakistańczyk, to prawdopodobnie byśmy zostali do tego zmuszeni. Do wyboru mieliśmy jeszcze sześć godzin czekania na dworcu razem z nieciekawymi towarzyszami, włącznie ze szczurami, które co chwile przebiegały nam pod nogami.

Pakistańczyk, którego imienia niestety nie pamiętam, uratował nam życie. Chociaż, do dzisiaj się zastanawiam, jak mogliśmy tak łatwowiernie zgodzić się na podwózkę przez człowieka, którego pierwszy raz widzieliśmy na oczy. Czasami warto jednak zaufać swojej intuicji i nie doszukiwać się podejrzeń. Pakistańczyk widząc nasze załamane miny zaoferował nam podwózkę samochodem ze swoim braćmi. I tak, finalnie, ok. 3 rano, panowie podwieźli nas pod samiutki hostel, gdzie czekał na nas zaspany właściciel. Swoją drogą, najlepszy właściciel hostelu w najbardziej magicznym miejscu na świecie 🙂

Opisując tę historię, zaczęłam sobie myśleć, że tak zdecydowanie nie powinna wyglądać podróż poślubna – a jednak! Była to jedna z największych przygód, jakie nam się przytrafiły.

Georgetown, chociaż bardzo popularne i turystyczne, zachwyciło nas swoją magiczną aurą, muralami i przepysznym jedzeniem. Na wyspie spędziliśmy trzy dni. Myślę, że to taka optymalna długość czasu. W tym czasie z pewnością zdążycie znaleźć wszystkie murale, poczuć atmosferę miasta i najeść się za wszystkie czasy. Jeśli chodzi o ostatni punkt to szczególnie polecam wybrać się do Little India. Hinduska dzielnica skradła moje serce już w Singapurze a w Georgetown ta miłość się jeszcze bardziej pogłębiła.

W Georgetown zatrzymaliśmy się w Guesthouse’ie MoonTree47, które serdecznie Wam polecamy. Nie jest to hotelowy standard. Łazienka w naszym pokoiku zdecydowanie wymaga remontu, ale klimat miejsca jest absolutnie niepowtarzalny. Wchodząc do środka mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się w antykwariacie. Co więcej, na miejscu można bezpłatnie wypożyczyć rowery, obsługa zrobi Wam pranie za grosze oraz zjecie pyszne śniadanie. Co więcej, na ścianie MoonTree znajduje się jeden z murali, który przedstawia dziewczynkę ninja 😉

Dotarcie na Penang było okupione nie lada wysiłkiem i stresem. Jednak czas, który spędziliśmy w Georgetown był niezwykle magiczny. Jestem pewna, że jeszcze tam wrócimy! Na deser mam dla Was jeszcze mapkę ze wszystkimi muralami, które mogliście zobaczyć w dzisiejszym wpisie 🙂 Bardzo nam się przydała podczas pobytu w Georgetown. Znalazłam ją na stronie TourismPenang.net.my – klikajcie tutaj.

Podobne