Starcie z policją w Bangkoku na dobry początek wyjazdu!

Na wstępie chciałabym wszystkich uspokoić… Chodzi oczywiście o policję turystyczną, która miała szansę nas dopaść już pierwszego dnia wyjazdu! Więcej szczegółów i jak się im nie dać w dalszej części wpisu 🙂

Przechodząc do meritum: w Bangkoku lądujemy ok 6:30 czasu lokalnego. Jesteśmy wykończeni, a wstanie z samolotowego fotela graniczy z cudem. Wszystko przez szaleństwo tzw. „dnia przedwyjazdowego”. Przed wylotem pakujemy się do ostatniej chwili – dosłownie. Pierwszy przystanek – Paryż. Nie mam pojęcia jak to się stało ale przespałam start i lądowanie pierwszy raz w życiu. Nie było to przyjemne chociaż pewnie niejedna osoba o tym marzy – zasnąć w Warszawie a obudzić się w Paryżu. W Paryżu koczujemy prawie pięć godzin na lotnisku. Potem lecimy ponad jedenaście godzin.
    Wysiadamy na lotnisku Suvarnabhumi w Bangkoku i ledwo możemy oddychać. Temperatura w okolicy 30 stopni, a dodatkowo wilgotność na poziomie 70%. Wsiadamy w Airport link i jedziemy na stacje Paya Thai, skąd próbujemy złapać taksówkę. Jest poranek, więc oczywiście wszystkie taksówki są zajęte. W końcu łapiemy tuk tuka i po kilku minutach jesteśmy w naszym hostelu. Już po chwili lądujemy w naszym pokoju… bez okna. Poza tym nie było źle – czysto, wifi, klimatyzacja, o tym zresztą później. Nic więcej nam nie potrzeba. 

Odsypiamy lot, żeby popołudniu móc ruszyć w miasto. Tego dnia tez próbujemy naszego pierwszego pad thaia, idziemy na spacer do Wielkiego Pałacu i płyniemy tramwajem wodnym. Następnego dnia jesteśmy w miarę wypoczęci i po śniadaniu gotowi do zwiedzania. 

Płyniemy więc tramwajem wodnym do Wat Pho oraz do Wielkiego Pałacu. 
Szukając wejścia dopada nas wspomniana już policja turystyczna, która próbuje nam wkręcić, że obiekty są zamknięte. Pan który nas zaczepił, musiał wyczuć naszą małą dezorientację więc od razu poprosił, żebyśmy dali mu mapkę to on nam wszystko powie. I tutaj już popełniliśmy pierwszy błąd! Daliśmy mu mapę do ręki. Pomimo iż dla mnie sytuacja była już lekko podejrzana, pan nie dawał za wygraną i wyjaśnił nam, że dzisiaj pałac jest czynny do 12:30 (była 13:00) i zaznaczył nam na mapie miejsca, które koniecznie musimy zobaczyć. Były to miejsca rzekomo turystyczne (a nie sklepy z garniturami) jednak zanim zdążyliśmy coś powiedzieć, już czekał na nas tuk-tuk. Nie daliśmy się namówić i ruszyliśmy do Wat Po, znanej jako Świątynia Leżącego Buddy albo Świątynia Odpoczywającego Buddy. Pan był oczywiście bardzo niepocieszony. Polecam wszystkim tutaj być bardzo zdecydowanym ale i grzecznym. Dziękujemy, mówimy „do widzenia” i wracamy do swoich planów. Wracając jednak do Wat Po – wstęp kosztuje 100 batów, czyli ok. 10zł. Jest to pierwsza świątynia buddyjska, którą oglądamy w życiu. Jesteśmy oczarowani. W Wat Po oglądamy słynnego leżącego Buddę, który jest olbrzymem! Mierzy 15 metrów wysokości i 46 metrów długości. Na terenie kompleksu znajduje się jeszcze między innymi szkoła masażu, jeśli jednak nie mamy zbyt dużo czasu można także skorzystać z samego masażu o dowolnej długości. 

 

Następny przystanek: Wielki Pałac. Kiedy docieramy do wejścia jest już 15, a pałac jest czynny do 15:30. Przekładamy wiec wizytę na następny dzień i jedziemy prosto do Chinatown. Spacerujemy po okolicy około dwóch godzin czując się przy tym jakbyśmy byli na ulicach Pekinu bądź Szanghaju. 

 

Zmęczeni i głodni łapiemy tuk tuka i za całe 8 złotych jedziemy w okolice Khao San Road, czyli jednej z najsłynniejszych ulic w Bangkoku okupowanej przez backpackerów. Życie na Khao San zaczyna się po 21 kiedy wszystkie bary są otwarte. W tej okolicy jest również nasz hostel – Lucky House. Nie ma tak na prawdę różnicy czy weźmiecie pokój z oknem, czy bez ponieważ okno w pokoju było zasłonięte przez klimatyzator. Niestety pokoje nie do końca wyglądają tak jak na stronie booking. Tak czy inaczej, i tak wygrywa cena – 20zł/os 😉
Tego dnia idziemy także na masaż stóp. Trafiliśmy do Nancy przez przypadek, a zostaliśmy stałymi klientami. Dlaczego tak nam się spodobało? Ponieważ salon jest na prawdę elegancki, a cena masażu taka sama jak masaży oferowanych na ulicy. Cisza, spokój i relaks.

W Bangkoku w sumie spędziliśmy trzy pierwsze dni. Myślę, że to wystarczająca ilość czasu, żeby poznać trochę miasto i odpocząć po podróży. Chociaż z tym odpoczywaniem w Bangkoku… to trochę ciężka sprawa. Miasto jest bardzo przytłaczające i głośne. Wszyscy krzyczą, nawołują, czasami walczysz o życie przechodząc przez ulicę. Jednak pomimo tego wszystkiego, miasto wciąga, a kiedy tam wracasz, czujesz się jak u siebie.

Wat Po

Podobne