Wyjazd do Tajlandii, czyli kolejne spełnione marzenie

O wyjeździe do Tajlandii marzyłam od dwóch lat, jednak nigdy nie było na taką wyprawę dobrego momentu. Wymówki, utarte stereotypy, że do Tajlandii można jechać tylko w określonej porze roku przekreślały moje marzenia. Po zeszłorocznych wakacjach z biurem studenckim powiedzieliśmy ‚dość’ wyjazdom tego typu. Pisałam o tym tutaj: „Czy warto jechać na studenckie wakacje cz.1” oraz „Studenckie wakacje – TAK czy NIE” 

Temat wyjazdu do Tajlandii powrócił po roku wraz ze zbliżającymi się wakacjami. Kiedy Albert powiedział, że CHCE jechać do Tajlandii i że damy radę, nie miałam więcej wątpliwości! Warunek był jeden: musimy to zrobić budżetowo. Wszystko zaczęło się wiec tradycyjnie od szukania biletów. Nie udało nam się znaleźć fantastycznej promocji, ale kupiliśmy bilety w rozsądnych cenach (ok. 2 tysiące). Skoro najważniejszy krok mamy za sobą – czas na zakup przewodników! Po ich przeczytaniu stwierdziłam, że popełniliśmy największy możliwy błąd – jedziemy na zbyt krótko! Przygotowywanie się do wyjazdu sprawiło, że nagle zapragnęłam być tam przez miesiąc albo dwa i powoli odkrywać każdy zakątek. Mamy jedynie te dwa tygodnie – musimy wybrać. Modyfikowałam trasę kilka razy w trakcie planowania. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, dlatego też ostatecznie nasze dwa tygodnie zostały bardzo intensywnie wypełnione. Nie chcieliśmy tracić czasu na miejscu na szukanie noclegów i planowanie trasy, dlatego też wszystko zostało dobrze przemyślane. Oczywiście popełniliśmy kilka błędów ale w ostatecznym rozrachunku ich nie żałujemy! Jednym z nich był wyjazd na Koh Chang. Dojazd zajął nam 6h w jedna stronę a na miejscu byliśmy raptem dwa dni. Z drugiej strony uważamy jednak, że jest to jedno z tych miejsc do których z pewnością wrócimy (w przeciwieństwie do Phuket – o czym wspomnę w osobnym wpisie). 
Cała trasa była planowana przeze mnie przez kilka miesięcy. Podczytywałam blogi, wypytywałam znajomych blogerów co, gdzie i jak. Z tego też miejsca chciałabym serdecznie podziękować Evi, która cierpliwie odpowiadała na moje pytania związane z Tajlandią, rozwiewała wszelkie wątpliwości i opanowywała moje małe ataki histerii. Evi prowadzi bloga podróżniczego, a w Tajlandii była już sześć razy także lepszego źródła informacji nie mogłam sobie wymarzyć!
Kiedy trasa została zaplanowana a bilety na loty wewnątrz krajowe kupione pozostało zarezerwowanie hoteli. Dwa pierwsze noclegi w Bangkoku i na Koh Chang miałam już zarezerwowane w okolicy maja. A cała resztę zarezerwowałam dosłownie kilka godzin przed wylotem! Dzięki aplikacji booking.com miałam wgląd do nich i dzięki opcji bezpłatnego anulowania mogłam modyfikować trasę w trakcie. Tak naprawdę taka modyfikacja zdarzyła się tylko raz, kiedy postanowiliśmy z wyspy Koh Chang wrócić do Bangkoku i stamtąd polecieć samolotem do Phuket. Jak dobrze, że istnieje Air Asia i tanie połączenia! 
Jadąc do Tajlandii bałam się, że mamy za dużo zaplanowanych atrakcji i nie będzie chwili oddechu, co w konsekwencji zaskutkuje tym, ze Albert już nigdy nie pozwoli mi zaplanować trasy. Tego bym chyba nie przeżyła 😉 
Tajlandia to cudowny kraj w którym nie sposób się zgubić! Tajowie są bardzo pomocni a poza tym mam wrażenie (z resztą uprzedzała mnie o tym Evi), że gdziekolwiek się pojawi tutaj biała twarz – zostanie doprowadzona do celu. 
W sumie spędziliśmy trzy noce w Bangkoku, dwie noce na wyspie Ko Chang, jedną noc w Bangkoku, dwie noce w Patong na Phuket, dwie noce w Chiang Mai, jedną noc w Chiang Rai i trzy noce w BangkokuIntensywnie, nie? Ale jesteśmy zadowoleni! Zobaczyliśmy wszystkie miejsca, które chcieliśmy – szczególnie wyspy Ko Phi Phi i White Temple w Chiang Rai. Spotkaliśmy na swojej drodze wspaniałych ludzi takich jak Karolina i Patrycja, czyli dwie Polki, które przyjechały do Azji na półtora miesiąca. Małgosię i Sebastiana, czyli Polkę i Francuza z którymi przegadaliśmy sześciogodzinna podróż na wyspę Ko Chang, a także tych których imion nie znamy: chłopaka z Kanady, któremu poleciliśmy danie w knajpce a który w zamian opowiedział nam dlaczego warto jechać do Pai czy panią, która przy winie z liczi wypytywała nas o tym jak się żyje w Europie. 
 
Podsumowując: dzięki tej podróży przełamaliśmy nasz strach przed wyprawą do Azji i rozbudziliśmy nasz apetyt na kolejne wyprawy! Wiemy już gdzie na pewno musimy wrócić na dłużej a gdzie wracać nie chcemy. Jeśli boicie się podróży do Azji, to tak jak my musicie przełamać strach i ruszyć w drogę! Może się okazać ze ta podróż będzie jedną z najwspanialszych w życiu – tak jak nasza!
 

Podobne