Święto Narodowe we Francji, Montrmarte i lekcja gotowania na deser!

Nasz trzeci dzień w Paryżu wypadł akurat  na święto narodowe we Francji – 14 lipca! Upamiętnia ono wybuch rewolucji w 1789, kiedy to została obalona monarchia absolutna we Francji. Ten szczególny dzień jest hucznie świętowany w Paryżu. Rozpoczyna się defiladą na Polach Elizejskich, z udziałem prezydenta i wielu innych ważnych osobistości oraz tłumu składającego się z rodowitych paryżan i turystów. Tego dnia odbywają się też przepiękne pokazy fajerwerków przy Wieży Eiffel’a.
Jak już pisałam wcześniej, ilość turystów skutecznie zniechęciła nas z Olą do udziału w obserwowaniu defilady, tak więc po nieudanej próbie – polecam wszystkim oglądać ją w telewizji, dzięki czemu będziecie mieć tysiąc razy lepsze wrażenia niż my. Zamiast stania w tłumie, wybrałyśmy się do dzielni Montrmarte. 

Zwiedzanie rozpoczynamy wysiadając na stacji metra Pigalle. Idziemy w stronę stacji Anvers, skąd jest najlepszy dostęp do bazyliki Sacre Coer. Po drodze wchodzimy do licznych sklepów z pamiątkami, a także do mojego ulubionego, który znajduje się na ulicy Orsel – l’Attrape Coer w którym znajdują się oryginalne pamiątki w tym moje ulubione puszki. Można schować w nich dosłownie wszytko, od akcesoriów do makijażu po cukier, czy inne składniki potrzebne w kuchni. Co roku kupuję sobie chociaż jedną i w ten sposób uzupełniam domową kolekcję. 

Przechodzimy pod Sacré Coer, czyli Bazylikę Najświętszego Serca. Jest ona zaprojektowana w stylu romańsko-bizantyjskim, a jej kopuła ma aż 79 metrów. W północnej wieży bazyliki znajduje się także najcięższy dzwon w Paryżu. Otwarta codziennie od 6 rano do 22:30. Wejście jest bezpłatne. Jeśli nie chce Wam się wchodzić po schodach, wystarczy przed karuzelą pójść w prawą stronę, gdzie znajduje się kolejka, która zawiezie Was na samą górę. Jest to szczególnie opłacalne, jeśli dysponujecie kartą Navigo, na której macie swój bilet na komunikację miejską. Pojedynczy bilet kosztuje chyba 2€.

Będąc na górze, warto pójść w prawą stronę i przejść się małymi, klimatycznymi (ale zatłoczonymi na początku) uliczkami. Idąc ulicą Gabrielle dojdziemy do cukierni La Moulin de la Galette, w której zjemy przepyszne i świeże wypieki francuskie! Dalej idziemy rue Lepic w dół. Ilość turystów się zdecydowanie zmniejsza, a w niektórych miejscach nawet do zera. 

W końcu dochodzimy do słynnej kawiarni Amelii o której już kiedyś pisałam (powyżej). Decydujemy się z Olą usiąść na kawę, która przeradza się jednak w obiad. Ola zdecydowała się na apetycznie wyglądające danie dnia, natomiast ja na sałatkę. 


Jesteśmy bardzo pozytywnie zaskoczone ponieważ spodziewałyśmy się absurdalnie wysokich cen, a dania są w cenach rozsądnych i na dodatek bardzo smaczne. Po jedzeniu nie zostaje nam zbyt wiele czasu ponieważ mamy zaplanowaną… lekcję gotowania!


Lekcja gotowania, a raczej pieczenia, to jedna z atrakcji, którą znalazłam w przewodniku Lonely Planet. Na początku zostałam mocno zniechęcona ceną takiej lekcji, jednak po dłuższym przemyśleniu stwierdziłam, że jest ona więcej warta niż kolejna para butów i nie pomyliłam się.
Wybrałam szkołę La Cuisine Paris ze względu na ich bogatą ofertę. Francuskie wypieki tj. croissanty, tarty czy makaroniki, wspólne zakupy na targu francuskim, lekcje bardziej rozrywkowe ale też te skupione na technice to tylko niektóre z propozycji.
Ja od początku wiedziałam, że wybiorę zajęcia z robienia makaroników. Są to moje ulubione francuskie ciasteczka i jadam je tylko będąc w Paryżu. W Polsce kilkukrotnie próbowałam makaroników w różnych cukierniach, jednak żadne nie dorównują tym, które jadłam w stolicy Francji. 
Kiedy już udało namówić mi się Olę (początkowo sceptycznie nastawioną, gdyż nie widziała, że cała lekcja odbywa się w języku angielskim, a nie francuskim) aby poszła ze mną na taki kurs, wybrałyśmy wspólnie dwugodzinne zajęcia „Macaron Fête”. Miałyśmy okazję poznać podstawy i technikę robienia makaroników. Nasza grupa składała się z ośmiu osób, podzielonych na cztery dwuosobowe zespoły. Nasz nauczyciel mówił bardzo dobrze po angielsku z przepięknym francuskim akcentem. Tłumaczył nam pewne rzeczy tak długo aż wszystko było całkowicie jasne. Przy makaronikach nie ma bowiem miejsca na błędy. Jeden nieuważny ruch to praktycznie katastrofa całego podjętego trudu. Teraz już wiem dlaczego są takie drogie! Ich wykonanie to moim zdaniem arcydzieło!

 

 

 

 


Podobne