Studenckie wakacje – tak czy nie? cz. 2

      Wakacyjne wyjazdy studenckie – kuszą ceną, atrakcyjną ofertą i gwarancją dobrej zabawy. Wielu z nas się dało na to nabrać niestety – w tym i my! Zdecydowaliśmy się na takie wyjazdy dwa razy: do Bibione we Włoszech i do Kavos na Korfu. Po pierwszym wyjeździe obiecaliśmy sobie z Albertem, że „nigdy więcej”, jednak rok później kiedy decydowaliśmy się na wyjazd z przyjaciółmi wygrała cena wyjazdu.. która na koniec, po podsumowaniu wszystkich koniecznych dodatkowych wydatków, wcale nie była taka „studencka”.


      Mówi się „do trzech razy sztuka” jednak tutaj trzeciego razu już nigdy nie będzie. Za pierwszym razem wszystko było w miarę ok., jednak już wtedy nie podobało nam się „uwiązanie” przez grupę – i przede wszystkim pojechaliśmy wtedy sobie odpocząć i mieliśmy wyrzuty sumienia, że nie chcemy dziko imprezować. Pierwszy wyjazd okazał się naprawdę tani – pobyt, przejazd + ubezpiecznie – 700zł, wzięliśmy bardzo dużo jedzenia ze sobą więc na miejscu kupowaliśmy tylko drobiazgi. Inaczej było już w Kavos, gdzie pojechaliśmy z biurem Student Travel. Organizator zastrzega, że walizki zostaną nam zważone i ze limit to 20-22 kg. i uwierzcie, że nie są to żarty – naprawdę ważyli nam walizki. Przez to nie zabraliśmy bardzo dużej ilości jedzenia, w większości musieliśmy kupować je na miejscu (gdzie nie było zbyt dużego wyboru, a produkty oczywiście były odpowiednio droższe), bądź stołować się w restauracji.

Jak wspominałam w poprzednim wpisie (znajdziecie go tutaj), znacząca część wycieczki została zakwaterowana w bardzo słabych warunkach. Rezydentka załatwiła nam rekompensatę – za dramatyczną podróż i nieudane noclegi – jedna wycieczka podczas całego wyjazdu na koszt biura (wybrana przez organizatora). Oczywiście na tę wybraną przez Student Travel nikt nie chciał jechać… Po długiej batalii, udało się wywalczyć wycieczkę, na którą wszyscy byli chętni – rejs na Paxos i Antipaxos. Wycieczka sama w sobie kosztowała ok. 40-50 euro. Wysepki faktycznie cudowne jednak… statek, którym płynęliśmy nie miał wystarczającej ilości miejsc siedzących. Kiedy podczas drogi powrotnej zastał nas sztormik (mały ale zawsze) nie było zbyt wesoło. 

Osiem dni w Kavos upłynęło w miarę w porządku. Poznaliśmy bardzo fajnych ludzi i to oni podratowali sytuację. Nasze dramatyczne przygody odeszły w zapomnienie do dnia wyjazdu.

Atmosfera ostatniego dnia była dość nerwowa. Musieliśmy się wymeldować o ustalonej godzinie – u nas zanim zdążyliśmy wyjść z naszego domku, wpadła Dimitra (właścicielka pensjonatu) i zaczęła zaprowadzać swoje porządki! Kiedy siedzieliśmy już w autobusie, okazało się, że spóźniliśmy się na prom, który miał nas dowieźć do Grecji lądowej, żebyśmy mogli wsiąść do autobusów. W mieście Korfu musieliśmy spędzić trzy godziny No problemo! Idziemy zjeść grecki kebab. To była jedna z lepszych rzeczy jakie przydarzyły nam się tamtego dnia. Przy okazji poznaliśmy Polkę mieszkającą na wyspie od wielu, lat. Opowiadała nam, że sama w wakacje prowadzi cały lokal ponieważ greckiej młodzieży zwyczajnie nie chce się pracować. Cytuję „no przecież nikt z nich nie pójdzie pracować za 500 euro miesięcznie”. Mijają trzy godziny, wsiadamy na prom. Na promie – BUM! Kierowcy, którzy po nas przyjechali niestety nie mogą ruszyć – musimy dziewięć godzin czekać. Wkurzeni, zmęczeni, (na szczęście najedzeni) z braku laku szukamy plaży, siadamy w kawiarni, nudzimy się. 

Naszej rezydentce udaje się wytargować z organizatorem wyjazdu bony na jedzenie i piwo. Kebab wprawdzie wielkości mojej małej dłoni – no ale zawsze coś.
Po dziewięciu godzinach czekania, wsiadamy pełni nadziei do autobusu. BUM! Okazuje się, że mamy problem z wjazdem do Macedonii – podobno autobus wyjechał z inną listą uczestników i nie może wjechać z inną. Problem na granicy rozwiązuje się w sposób SAMI WIECIE JAKI. Podróż dłuży nam się niemiłosiernie, nogi puchną, kręgosłup boli. Jest ciężko. Nie można narzekać na długość samej podróży, bowiem liczyliśmy się z tym ile mniej więcej ona będzie trwała. Jednak w obliczu tych wszystkich godzin czekania na samą podróż – mamy po prostu dość! 

Ostatnio mój Albert dowiedział się, że jego znajomy był turnus po nas w Kavos ze Student Travel i również organizator nie wywiązał się ze wszystkich obiecanych w programie punktów. Takie sytuacje dają bardzo do myślenia, czy naprawdę warto tracić czas i pieniądze na wyjazd, podczas którego większość czasu spędzimy na narzekaniu i martwieniu się. My już podjęliśmy decyzje – koniec z taką formą spędzania wakacji. Wolimy coś sami zorganizować i w najgorszym wypadku mieć pretensje tylko do siebie!

Podobne