One night in … London!

Kocham Londyn! Mój dziadek nie może tego wprawdzie zrozumieć – dla niego jest zbyt głośny i zatłoczony. Ja uwielbiam to miasto, za jego różnorodność, zmienność, tempo życia i przede wszystkim pochwałę szeroko pojętej liberalności. Tam naprawdę możesz być kim chcesz i robić co chcesz! Do Londynu, wybraliśmy się z moim Albertem w zeszłe Mikołajki. Wszystko zaczęło się od szalenie tanich biletów! O ile dobrze pamiętam – 98 PLN w dwie strony! Kupiłam od razu! Jest jeden haczyk mieliśmy lecieć na 32h!


[English version soon!]


Cieszę się, że Londyn znam tak dobrze. Nie musiałam studiować miesiącami wszystkich atrakcji turystycznych i planować całej wycieczki. Albert nie był nigdy w Londynie, więc zdecydowałam się mu pokazać moim zdaniem najważniejsze i najfajniejsze miejsca. Szczegółowo będziemy zwiedzać następnym razem.
Wylot o 6 rano – koszmar. Ja oczywiście ze stresu i podekscytowania perspektywą wyjazdu – nie mogę spać. Na lotnisku zjawiamy się elegancko o czasie. Podczas lotu – śpię. Albert siedzi przy oknie i co chwilę budzi mnie raportując nad jakim obszarem właśnie lecimy. Swoją drogą super jest oglądać okolice mojego rodzinnego miasta z samolotu!
Do Luton dolatujemy o czasie. Kupiliśmy wcześniej bilety autobusowe do centrum na easybus.com. Mają fajne małe busiki – chociaż niektórym ciężko było zmieścić wielkie walizy. My podróżujemy tylko z plecakami!
Na Oxford Street byliśmy mniej więcej o 10 rano. Idealnie! Wpadamy na chwilę do House of Fraser, a potem idziemy Bond Street w dół, w stronę Tamizy. Skręcamy w przypadkową uliczkę i wtedy Albert się zatrzymuje i mówi Kochanie, czy widzisz co jest przed nami?– ja i moja wada wzroku, potrzebowałyśmy pięciu minut, żeby ogarnąć o co chodzi. Przed nami sklep Tiffanyiego! Wchodzimy, a co! Przecudowny początek dnia.


Albert już wie, gdzie jest mój ulubiony sklep w Londynie 😉


Dochodzimy do Big Bena! Próbujemy złapać kogoś kto zrobi nam jakieś fajne zdjęcie. Jednakże na wszystkich mamy poucinane nogi lub głowy, ewentualnie nie widać Big BenaOglądamy Parlament. Przechadzamy się nad Tamizą. Czasu mamy mało więc ruszamy do Buckingham Palace. Wszystko na nogach! Albert koniecznie chce zobaczyć MI6 a ja pojechać do Notting Hill. I w tym momencie decydujemy się na kupienie biletu dziennego, który obejmuje wszystkie środki transportu. Koszt to ok. 8 funtów. Dzięki temu w tempie dostajemy się do wybranych przez nas miejsc. [edit od Alberta: Londyn ma chyba najdroższą komunikację miejską na świecie! Warto o tym pamiętać]



Jak już wspominałam wcześniej, Londyn znam dosyć dobrze, orientuje się gdzie jestem, więc nasza mapa może być bardzo uboga. Szukamy Portobello Road. Zaczepiamy jakiegoś miłego Londyńczyka, który na pytanie o drogę zaczyna się śmiać i pyta nas, co tam jest takiego super, bo wszyscy się go pytają o wskazówki, kiedy przechodzi ulicą na której został przez nas zatrzymany. W Notting Hill spędzamy sporo czasu. Zatrzymujemy się na piwo i wchodzimy do jednej z moich ulubionych cukierni – Humming Bird. (znajdziecie je również w innych miejscach Londynu!) Z najważniejszych rzeczy został nam Tower Bridge i samo Tower. Przemieszczamy się londyńskim metrem bądź autobusami. Jednak najlepsze atrakcje (wg. mnie!) zostają na koniec! Oxford Street i Winter Wonderland. Szczerze mówiąc, to już marzymy, żeby gdziekolwiek usiąść i odpocząć, ale zakupy czekają! Oxford Street jest cudownie udekorowane w okresie świątecznym. Niestety, ludzi jest dwa razy więcej niż zwykle. Wpadamy do Primarku, ogromnego kilkupiętrowego TopShopu. Jednak nawet jakbyśmy bardzo chcieli, na stanie w kolejkach i przymierzanie nie mamy ani siły, ani czasu. 

Na koniec jedziemy spotkać się z naszymi gospodarzami Liz i Scottem! Umawiamy się z Liz przed wejściem do Winter Wonderlandu, który jest wielką świąteczną wioską/jarmarkiem z koncertami, muzyką na żywo, grzanym winem i grillem, a wszystko w Hyde Parku! To naprawdę świetna atrakcja. Do ich mieszkania wracamy późno. Śpimy ledwo pięć godzin. 


Następnego dnia rano mamy już mało czasu. O godzinie 11:00 mamy autobus na lotnisko. Zaplanowaliśmy tego dnia zobaczenie Kings Cross i peronu 9 i 3/4 oraz prawdziwe English Breakfast! Dzięki pomocy Scotta trafiamy do najfajniejszej śniadaniarni w jakiej byliśmy – Nivens. Dostajemy same pyszności – kiełbaski, tosty, jajka, dużo masła orzechowego i jelly, pieczarki, fasolke itd. Jednym słowem TYSIĄCE KALORII! Wspaniale. Koszt ok. 16 funtów. Jednakże, jesteśmy najedzeni na cały dzień, także nie tak źle. Na koniec przechadzamy się jeszcze Oxford Street, która nie jest już tak zatłoczona jak dzień wcześniej. Kupujemy pamiątki i lecimy na nasz easy bus. 


To była naprawdę świetna przygoda. Zobaczyliśmy bardzo dużo, ja zrobiłam małe zakupy (!!). Wyjazd był ekonomiczny, męczący, bardzo intensywny. Trzeba się było sporo nakombinować, ale naprawdę było warto. Z boku wydaje się to wszystko dzikie i szalone, takie właśnie było, ale serdecznie polecamy!

Podobne